Minął tydzień.
I dziś jest dzień który zmieni moje życie (XD)
Dam dam(n) daaam (złowiecza melodia z horroru)
Okej, ogar.
Ale w sumie od teraz wszystko się zmieni.
No i prawie bym zapomniała. Dziś będę się całowała z osobą która jest moim crush'em od jakiś 2- 3 lat.
No nie mogę się doczekać.
Znaczy to na pewno będzie ciekawe przeżycie. Ale wolałabym przeżyć pierwszy pocałunek z osobą do której coś czuję. Bo Ross jest bardzo przystojny i w ogóle, ale to TYLKO przyjaciel.
No tak, tak. Mam 18 lat i dopiero teraz będę się pierwszy raz całować. To wcale nie jest śmieszne. Po prostu jakoś tak nie było okazji.
Okej, kogo ja oszukuję
Okazji było mnóstwo. I tak, wiele razy chciałam to zrobić.
Ale zawsze coś albo przeszkadzało, albo ja w ostatniej chwili tchórzyłam. Bo to, że chciałam, nie znaczy, że się nie bałam.
Ale dość.
Rossowi włosy wróciły do normy, Rydel nikogo nie zabiła za ten młotek a Ratliff przeżył upadek z lampy. No, a potem mało co nie dostał wstrząsu mózgu, bo Rocky i Delly na zmianę nim potrząsali żeby dowiedzieć się czy żyje. I ma uszkodzoną błonę bębenkową w prawym uchu, bo wspomniane wyżej osoby tak mu się wydzierały do ucha, że tak jak mówię, chwilowo ogłuchł. Naszczęście tylko na jedno ucho, nieznacznie i chwilowo.
No.
Ubrałam się i gotowa zeszłam na dół w celu spożycia śniadania. Zjadłam szybko płatki na mleku po czym włożyłam miskę do zmywarki. Chwyciłam torbę i wybiegłam z domu, uprzednio żegnając się z Vanessą.
Na podjeździe czekał już na mnie czarny samochód Rossa. Oczywiście z Rossem w środku.
-Siema - rzuciłam wsiadając
-Cześć
Jechaliśmy chwilę w ciszy. Po raz pierwszy ta cisza mi przeszkadzała. Ale chyba dlatego, że oboje widzieliśmy co się za chwilę stanie.
-Stresujesz się? - zdziwiło mnie to pytanie. W sumie nie wiem czemu. Tak po prostu.
-Trochę, a ty?
-Ja też trochę.
Znowu zapadła cisza. Tym razem to ja postanowiłam ją przerwać.
-Ale pamiętaj o naszej umowie
-Co?
-Pamiętasz? Jesteśmy przyjaciółmi, a to tylko pocałunek bohaterów.
-Aaa, tak. Tak, jasne, oczywiście.
Dojechaliśmy pod studio. Świetnie.
A więc to tutaj.
*********
Okej.
Wiemy mniej więcej co i jak. Gdzie co jest i tak dalej.
Jestem już przebrana i właściwie nie wiem na co czekam.
Siedzę właśnie w mojej garderobie i rozmawiam z Maią. Maia to moja stylistka. Ma mnóstwo pozytywnej energii.
Kiedy tylko mnie zobazcyła, to pobiegła do mnie, stwierdziła, że jestem piękna i wzięła w obroty.
W ten sposób już w pół godziny stałam się całkiem inną osobą.
Bo Maia zatrudniła się też jako makijażystka.
Ogólnie, świetna babka.
-To co, dzisiaj będzie łatwo, co? - spytała, robiąc "brewki"
-Hę?
-No macie łatwo, skoro jesteście parą
Mało co nie spadłam z krzesła
-Co?! Nie, nie! Nie jesteśmy parą. Po prostu się znamy. Od...jakiegoś tygodnia.
-A, to sorry. Po prostu widać, że coś was łączy.
-No łączy nas dużo żeczy. Ale żadne "romantyczne" uczucia.
-Ale wy tak na siebie patrzycie....
-LAURA MARANO PROSZONA NA PLAN-rozległ się głos z głośników, tym samym ratując mnie przed ciągłym tłumaczeniam Maii, że nie jesteśmy parą. Ta dziewczyna jest pod tym względem taka sama jak Rydel. Nigdy nie uwierzy, że nie jesteśmy razem.
Udałam się na plan i pierwszą rzeczą która przykuła moją uwagę był Ross.
Był taki przystoj...
Ogar, to tylko przyjaciel!
Ale przystojny to on jest.
UGH, STOP!
Otrząsnęłam się pospiesznie z transu. Nie bardzo chciałam żeby Ross zauważył mój zwis.
Za późno.
Sekundę potem poczułsm na sobie jego wzrok. Ukradkiem na niego popatrzyłam. Patrzył na mnie intensywnie. Wręcz pochłaniał mnie wzrokiem.
OGARNIJ SIĘ KOBIETO!!
ROSS DO CIEBIE NIC NIE CZUJE!!!
Czemu moje myśli są dziś przeciwko mnie?
Podniosłam wzrok i popatrzyłam mu prosto w oczy. Chyba się trochę speszył, ale nadal na mnie patrzył.
Oboje mieliśmy ostatnie poprawki wyglądu przed nagrywkami, więc nikt nie zauważył, że na siebie patrzymy.
Dzięki temu obyło się bez głupich pytań.
Cały czas tak na siebie patrzyliśmy. W jego wzroku było coś co mnie hipnotyzowało. Nie umiałam przestać.
Ale musiałam.
Przerwał nam głos reżysera, który domagał się rozpoczęcia nagrywek. Natychmiast odwrócilliśmy wzrok.
No i nadszedł ten moment.
Ufff...
Wdech, wydech....
-Akcja!
Wszystko robiłam płynnie, bez zająknięcia.
To był mój pierwszy raz na planie, ale miałam wrażenie, że robię to od dziecka.
Zawsze chciałam to robić.
Jak się okazało jednak, nie wszystko poszło tak dobrze.
Ogólnie w pierwszej scenie chodziło o to, że dwójka (zakochanych) nastolatków spotyka się po wakacjach. Wpadają sobie w ramiona, chwilę wymieniają poglądy i się całują.
Wszystko pięknie, romantycznie itd.
I o ile z wpadnięciem sobie w ramiona i wymienianiem zdań nie mieliśmy problemu, to z pocałunkiem... Było trochę gorzej.
Za pierwszym razem dostaliśmy głupawki.
Za drugim razem Ross się potknął.
Za trzecim zachciało mi się kichać.
Za czwartym znowu dostaliśmy głupawki.
Za piątym...
Za piątym razem stało się.
Ross nachylił się (jak by nie było jestem niższa) i wpił mi się w usta.
To było coś niezwykłego. Bez zastanowienia odwzajemniłam pocałunek. Wplotłam mu ręce we włosy, tym przyciągając go tym bliżej siebie. Z każdą chwilą pocałunek robił się coraz bardziej namiętny. Miałam wrażenie, że nasze ciała są do siebie idealnie dopasowane. Poruszaliśmy się w tym samym rytmie. Tworzyliśmy wspólny taniec. Ross pogłębiał pocałunki, co mi się podobało, więc odpowiadałam mu tym samym. Słyszałam jak wali mi serce. Całowaliśmy się dość długo. Miałam wrażenie, że jestem na innej planecie, oddalonej tysiące kilometrów.
W tej chwili byłam tylko ja i Ross. Nic innego się nie liczyło. Mimo, że był to pocałunek "udawany".
I wtedy usłyszałam
-Cięcie!
Oderwaliśmy się od siebie jak oparzeni.
-Świetnie, ale nie było widać tych emocji. Macie być zakochani do szaleństwa!! Miłość, namiętnoś, tęsknota! Jeszcze raz!
Co? Czy ja się przesłyszałam? Na prawdę pocałunek mi się podobał, ale...
CHOLERA!
POCAŁUNEK MI SIĘ PODOBAŁ!
D. A. M. N
Jezuuu! Co ja zrobię jeśli się w nim zakocham?
Kuźwa.
AAAAAA
Wdech, wydech, wdech, wydech...
¥¥¥¥¥¥¥€€€} €€€€€£€£££££££££¤¤¤¤¤^¬
HEJ.
A JA ZNOWU Z CAPSEM
NO COMMENT
ZNACZY MACIE KOMENTOWAĆ
NEVERMIND
WIEM, CAŁKIEM ZAWALIŁAM.
PRZEPRASZAM
MIAŁ BYĆ PIĘKNY POCAŁUNEK RAURY, A JEST... TO
SORRY
NIE CHCĘ ZGRYWAĆ BIEDNEJ I POŚWIĘCAJĄCEJ SIĘ.
ALE SPRÓBUJCIE DOCENIĆ, ŻE MAM W TEJ CHWILI 38,5°
TAK,JESTEM CHORA.
DLATEGO PRZEPRASZAM ZA WSZYSTKIE BŁĘDY
I BEZNADZIEJNY ROZDZIAŁ
DZIŚ JAK WIDZICIE, TYLKO RELACJE RAURY.
BEZNADZIEJNIE OPISANE, ALE CÓŻ.
BUZIAKI:-*
KTOŚ.
PS. I SORRY, ŻE ZNOWU TAKI KRÓTKI.
poniedziałek, 25 maja 2015
poniedziałek, 18 maja 2015
Rozdział 17
Obudziłam się gdzieś o 9.00 rano. Oczywiście nie sama z siebie. Pewien osobnik zwany potocznie człowiekiem (lecz mam co do tego wątpliwości), a dokładniej Rocky, wpadł do mojego pokoju wrzszcząc coś w stylu :
''nie lubię jeść swoich skarpetek! ''
Za nim wbiega zielonowłosy Ross wymachując młotkiem. Ta, widocznie po drodze spotkał Rydel. No nie ważne. Ci dwaj... Czym kolwiek są, biegają chwilę w około mojego łóżka, po czym z impetem wybiegają. Kiedy otrząsam się z szoku jaki przeżyłam, odwracam się na plecy. I już wiem czemu Ross ma zielone włosy. Miejsce obok mnie jest mokre. Ta, nie ma to jak kulturalna pobódka w stylu Rocky'ego.
Nagle do pokoju wpada wściekła Rydel i zaczyna gorączkowe poszukiwania czegoś.
-Emm... Rydel? Czego ty szukasz?
-Cześć Lau. Sorry jeśli cię obudziłam. Szukam tylko mojego młotka, bo gdzieś mi zginął. A wiesz, bez podręcznego narzędzia zagłady czuję się nie pewnie-wyrzuciła i powróciła do przeszukiwania mojego pokoju. Widać Ross zabrał młotek bez zgody właścicielki. A znając Rydel, poniesie ciężkie konsekwencje.
Moje rozmyślania przerwał pisk.
-AAAAA! O mój boże! Skąd ty masz tą sukienkę! Jest genialna! AAAA!-zaczęła wrzeszczeć, wymachując przy tym na prawo i lewo jakąś moją sukienką, w której nie chodziłam przez wieki.
-Jak chcesz to ją sobie weź. A co do...
-AAA! Serio!? O boże, dziękuję! Dziewczyno, kacham cię normalnie!
-Też cię kocham, ale opanuj się, bo wyglądzasz jak jakaś nie zdrowa psychiczne. A co do młotka, to ostatnio widziałam, że Ross nim machał goniąc Rocky'ego. I czy mogłabyś wyjść, bo chcę się przebrać.
-Już wychodzę. I dzięki za info. Ale jesteś świadoma, że właśnie poświęciłaś swojego chłopaka?
-DELS! To nie jest mój chłopak! A teraz wypad, tylko nikogo nie zabij!
-Postaram się! Po za tym ja i tak wiem swoje!-krzyknęła wybiegając z pokoju, nadal kurczowo trzymając sukienkę.
A zawsze myślałam, że to ja jestem porąbana. No ale nic.
Wstałam, poszłam do łazienki gdzie wykonałam poranne czynności po czym stanęłam przed szafą.
No i tu zaczynają się schody.
W końcu jednak wybrałam zwykłe podarte jeansowe szorty i białą bluzkę którą sama zrobiłam z napisem
"Kocham R5
a tobie
nic do tego "
(Też mam taką koszulkęXD~od aut.)
No! Chociaż teraz boję się co sobie o mnie pomyślą. Ale nic trzeba podejmować ryzyko!
Włosy zostawiłam rozpuszczone i zeszłam na dół. Jak to zwykle bywa z rodziną Lynch/Ratliff zastałam baaardzo normalny widok. Chociaż ten był chyba najnormalnijszy.
Van i Riker robią śniadanie. I to mnie właśnie zszokowało. Van robi śniadanie. Nie tylko sobie! No ale lećmy dalej.
Na kanapie w salonie (salon jest połączony z kuchnią takim jakby barkiem~od aut.) siedzą Ross i Rocky. Przed nimi paraduje Rydel, w jednej ręce wciąż sciskając sukienkę a w drugiej młotek i prawi im kazanie na temat
˝co z wami zrobię jeśli jeszcze raz będziecie ruszać moje żeczy˝.
Za to na lampie stojącej obok kanapy siedzi Ratliff i zajada marchewki.
Ołkej... Coś mi tu nie gra...
Taa, mój mózg wolno dziś pracuje...
Jeszcze moment...
Chwileczkę....
..........
No chwila, no!
GDZIE JEST MOJA ULUBIONA SZKLANKA!? Jeszcze wczoraj była w salonie, a teraz jej nie ma!!
Nosz cholera jasna!
Wielce zdenerwowana poszłam do kuchni zarzucając przy tym "nie chcący" Ratliffa z lampy. Biedaczek narzekał, że go dupa boli. Ta, wielkie mi chalo! Niech nie dramatyzuje, przecież spadł tylko z lampy!
Chociaż w sumie jak na to spojrzeć... CO RATLIFF ROBIŁ NA LAMPIIE!? Szybko zawróciłam i zapominając o szklance podbiegłam do niego.
-Sorry! Wszystko do... - przerwała mi Rydel, która z prędkością rakiety podbiegła do Ella i pomogła mu wstać
-Nic ci nie jest? Wszystko dobrze? Boli cię coś? Pomóc ci? Wody, soku, cherbaty? Zimno ci? Dzwonić po karetkę? RATLIFF, ŻYJESZ?! - wydzierała się Delly, potrząsając Ratliffem. Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale przeszkodził jej Rocky, który podbiegł do Ella, wyrwał go z objęć siostry i zaczął wrzeszczeć
-Nie zostawiaj mnie bracie! Co ja bez ciebie zrobie?! NIE UMIERAJ ELINGHTONIE!!!!!!!!
¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤
CZEŚĆ.
PISZĘ Z CAPSEM BO TAK MI SIĘ CHCE
ROZDZIAŁ KRÓTKI
SORRY
BARDZO
ALE CHCIAŁAM JUŻ DODAĆ
NOM, TAKŻE NIE NARZEKAĆ
NIE NO, MACIE PEWNE PRAWO DO
NARZEKANIA
ZWŁASZCZA NA MÓJ ROZDZIAŁ
HAHAH
TA, TO BYŁ TAKI ŻART SCENICZNY
TAK DLA MNIEJ KUMATYCH
NIE WIEM
ALE
MAM TAKI DZIWNY CHUMOR
NO
WIĘC
TAK
TROCHĘ MNIE MARTWI BRAK KOMÓW
ALE W SUMIE MAM TO W DUPIE
I TAK BĘDĘ PISAĆ
A WY SOBIE CZYTAJCIE, ALBO NIE
NO BUZIAKI
KTOŚ.
I SORRY ZA BŁĘDY
JAK ZWYKLE
''nie lubię jeść swoich skarpetek! ''
Za nim wbiega zielonowłosy Ross wymachując młotkiem. Ta, widocznie po drodze spotkał Rydel. No nie ważne. Ci dwaj... Czym kolwiek są, biegają chwilę w około mojego łóżka, po czym z impetem wybiegają. Kiedy otrząsam się z szoku jaki przeżyłam, odwracam się na plecy. I już wiem czemu Ross ma zielone włosy. Miejsce obok mnie jest mokre. Ta, nie ma to jak kulturalna pobódka w stylu Rocky'ego.
Nagle do pokoju wpada wściekła Rydel i zaczyna gorączkowe poszukiwania czegoś.
-Emm... Rydel? Czego ty szukasz?
-Cześć Lau. Sorry jeśli cię obudziłam. Szukam tylko mojego młotka, bo gdzieś mi zginął. A wiesz, bez podręcznego narzędzia zagłady czuję się nie pewnie-wyrzuciła i powróciła do przeszukiwania mojego pokoju. Widać Ross zabrał młotek bez zgody właścicielki. A znając Rydel, poniesie ciężkie konsekwencje.
Moje rozmyślania przerwał pisk.
-AAAAA! O mój boże! Skąd ty masz tą sukienkę! Jest genialna! AAAA!-zaczęła wrzeszczeć, wymachując przy tym na prawo i lewo jakąś moją sukienką, w której nie chodziłam przez wieki.
-Jak chcesz to ją sobie weź. A co do...
-AAA! Serio!? O boże, dziękuję! Dziewczyno, kacham cię normalnie!
-Też cię kocham, ale opanuj się, bo wyglądzasz jak jakaś nie zdrowa psychiczne. A co do młotka, to ostatnio widziałam, że Ross nim machał goniąc Rocky'ego. I czy mogłabyś wyjść, bo chcę się przebrać.
-Już wychodzę. I dzięki za info. Ale jesteś świadoma, że właśnie poświęciłaś swojego chłopaka?
-DELS! To nie jest mój chłopak! A teraz wypad, tylko nikogo nie zabij!
-Postaram się! Po za tym ja i tak wiem swoje!-krzyknęła wybiegając z pokoju, nadal kurczowo trzymając sukienkę.
A zawsze myślałam, że to ja jestem porąbana. No ale nic.
Wstałam, poszłam do łazienki gdzie wykonałam poranne czynności po czym stanęłam przed szafą.
No i tu zaczynają się schody.
W końcu jednak wybrałam zwykłe podarte jeansowe szorty i białą bluzkę którą sama zrobiłam z napisem
"Kocham R5
a tobie
nic do tego "
(Też mam taką koszulkęXD~od aut.)
No! Chociaż teraz boję się co sobie o mnie pomyślą. Ale nic trzeba podejmować ryzyko!
Włosy zostawiłam rozpuszczone i zeszłam na dół. Jak to zwykle bywa z rodziną Lynch/Ratliff zastałam baaardzo normalny widok. Chociaż ten był chyba najnormalnijszy.
Van i Riker robią śniadanie. I to mnie właśnie zszokowało. Van robi śniadanie. Nie tylko sobie! No ale lećmy dalej.
Na kanapie w salonie (salon jest połączony z kuchnią takim jakby barkiem~od aut.) siedzą Ross i Rocky. Przed nimi paraduje Rydel, w jednej ręce wciąż sciskając sukienkę a w drugiej młotek i prawi im kazanie na temat
˝co z wami zrobię jeśli jeszcze raz będziecie ruszać moje żeczy˝.
Za to na lampie stojącej obok kanapy siedzi Ratliff i zajada marchewki.
Ołkej... Coś mi tu nie gra...
Taa, mój mózg wolno dziś pracuje...
Jeszcze moment...
Chwileczkę....
..........
No chwila, no!
GDZIE JEST MOJA ULUBIONA SZKLANKA!? Jeszcze wczoraj była w salonie, a teraz jej nie ma!!
Nosz cholera jasna!
Wielce zdenerwowana poszłam do kuchni zarzucając przy tym "nie chcący" Ratliffa z lampy. Biedaczek narzekał, że go dupa boli. Ta, wielkie mi chalo! Niech nie dramatyzuje, przecież spadł tylko z lampy!
Chociaż w sumie jak na to spojrzeć... CO RATLIFF ROBIŁ NA LAMPIIE!? Szybko zawróciłam i zapominając o szklance podbiegłam do niego.
-Sorry! Wszystko do... - przerwała mi Rydel, która z prędkością rakiety podbiegła do Ella i pomogła mu wstać
-Nic ci nie jest? Wszystko dobrze? Boli cię coś? Pomóc ci? Wody, soku, cherbaty? Zimno ci? Dzwonić po karetkę? RATLIFF, ŻYJESZ?! - wydzierała się Delly, potrząsając Ratliffem. Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale przeszkodził jej Rocky, który podbiegł do Ella, wyrwał go z objęć siostry i zaczął wrzeszczeć
-Nie zostawiaj mnie bracie! Co ja bez ciebie zrobie?! NIE UMIERAJ ELINGHTONIE!!!!!!!!
¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤
CZEŚĆ.
PISZĘ Z CAPSEM BO TAK MI SIĘ CHCE
ROZDZIAŁ KRÓTKI
SORRY
BARDZO
ALE CHCIAŁAM JUŻ DODAĆ
NOM, TAKŻE NIE NARZEKAĆ
NIE NO, MACIE PEWNE PRAWO DO
NARZEKANIA
ZWŁASZCZA NA MÓJ ROZDZIAŁ
HAHAH
TA, TO BYŁ TAKI ŻART SCENICZNY
TAK DLA MNIEJ KUMATYCH
NIE WIEM
ALE
MAM TAKI DZIWNY CHUMOR
NO
WIĘC
TAK
TROCHĘ MNIE MARTWI BRAK KOMÓW
ALE W SUMIE MAM TO W DUPIE
I TAK BĘDĘ PISAĆ
A WY SOBIE CZYTAJCIE, ALBO NIE
NO BUZIAKI
KTOŚ.
I SORRY ZA BŁĘDY
JAK ZWYKLE
poniedziałek, 4 maja 2015
Rozdział 16
Wpakowaliśmy się do domu i pierwsze co zrobiliśmy było zamknięcie Rocky'ego w szafie, bo cały czas gadał coś o kapciach i kanapkach.
NEVERMIND!
Ponieważ rodzina Lynch/Ratliff wzięła z domu trochę jedzenia, a u nas też nie brakowało, więc z tym nie będzie problemu. Każdy zaniósł swoje żeczy do wyznaczonych miejsc spania poczym zebraliśmy się w salonie.
-Myślicie, że można go już wypuścić?-spytała niepewnie Rydel
-Moim zdaniem nie. On jest jakiś nienormalny!-sprzeciwiał się Riker
-Żyjesz z nim tyle czasu, a dopiero teraz to zauważyłeś!?-zdziwił się Ross. Ale on jest przystojny jak się dziwi...
Ale co do Rocky'ego. Niedość, że chłop ciężki jak koń, to jeszcze tak się wyrywał, że byliśmy zmuszeni go związać. A kiedy już go zamkneliśmy to zaczął wrzeszczeć coś w stylu: "moje kanapki się zemszczą na was za takie nigodne czyny!". I weźcie każcie mi go wypóścić!
-Może po prostu sprawdźmy jak się ma?-wpadł na pomysł Ratliff, który jak narazie był najbardziej po stronie Rocky'ego z nas wszystkich.
-Dobra.-stwierdziłam, że to nie taki zły pomysł-Rooocky?
-Odejdź, jeśli jesteś kolejną morderczą kanapką!
-Nie jestem żadną kanapką!!
-W takim razie odejdź parszywy kapciu!
-Nie jes... Moment, co!?
-Nie wiem, ostatnio na jakimś filmie mówiono "parszywy" i chciałem wypróbować nowe słowo.
-Acha....
-Rocky, powiedz nam tylko... CZY JUŻ SIĘ USPOKOIŁEŚ?!!-spytała spokojnie (wyczujta ten sarkazm~od aut.) Rydel
-Hmmm... Ty nie jesteś miła! Odejdź stąd mordercza kanapko!
-UGH!! Jak ci zaraz coś zrobie to będziesz wąchał kwitaki od spod.... Albo nie! Będziesz wąchał swoje skarpetki!
-UUU!! To ja bym wolał umrzeć!-zdecydował Riker. Taa, ja chyba też.
Minęła godzina. W tym czasie Rocky został wypuszczony, Rydel przypomniała sobie o tym, że zespół Rockliff ruszał jej biżuterię i mało co sama nie zostałaby zamkinięta bo, uwaga cytuję Sędziego Rikera
"Skazuję pannę Rydel Lynch na 10min. zamknięcie w szafie za nadmierną agresję wobec brata"
Ale w końcu stwierdziliśmy, że skoro jest już 23.00. Tak, właśnie! Już! No ale jak się ma dobre towarzystwo, to czas szybciej mija. W tej chwili wszyscy przebierają się w piżamy, bo my jako bardzo oryginalne istoty, wymyśliliśmy jakże oryginalną grę. Tak, dobrze myślicie! Butelka!
Ale cóż nie narzekam.
-Okej... Ene, due...-zaczął wyliczać Rocky
-Po prostu kręć!
-I o to chodziło!-uśmiechnął się ten ogórek. Po ostatniej rozmowie z Rydel, stwierdzam, że to określenie pasuje do niego.
-Okej...-w tej chwili razem z Rossem patrzymy na siebie-Ell!
-Co?! Nie! Trafiło na żelki!-żeczywiście, butelka wskazywała na paczkę żelków leżącą obok Rat'a. Rocky jak by co miał swoje dlatego nie ma awantury.
-Ale żelki nie grają-zdecydował Riker
-Żądamy równouprawnienia dla żelków!-krzyknął Rockliff
-Ugh! Niech wam będzie, ale to ostatni raz!
-Juhu! Ta co bierzesz, Ell?
-Żelki!
-A no tak, przepraszam! Wybaczcie mi, o najświętsze żelki!
-Ile jeszcze mamy czekać!?-zniecierpliwił się Ross
-No, to żelki, co bierzecie-zwrócił się Rocky do żelków. Ell nachylił się do nich, słuchał przez chwilę po czym powiedział
-Pytanie
-Okej... To całowałyście się kiedyś?
Elinghton słuchał przez chwilę po czym odpowiedział w imieniu żelek.
-Całowały się z piankami
-Boże, ludzie!! To jest jakaś patologia!-krzyknęła Van, która jak do tąd się nie odzywała-możemy grać dalej!?
-Oo, Van! Nie masz już różowych włosów!
-No łał, geniusze... To była zmywalna farba!
-Serio jesteśmy genialni!? JUPI!!!-zaczęli wrzeszczeć robiąc jednocześnie miny "myślicieli"
-Okej-kolejne spojrzenie Rossa-kręć...moment, jak żelki mogą kręcić!?-zdziwiła się Van. Ell nachylił się do prawie już pustej paczki, chwilkę słuchał po czym powiedział:
-Żelki upoważniły mnie do zakręcenia
-No to ruchy!
-Ruch...aj...?-zszokował się Rocky
-Nie!! Boże, ludzie!! Jaki zboczeniec!! Ja pieprze...
-CO!? Jak to PIEPRZYSZ!?-tym razem zszokował się Ell
-MATKOO!!! POWIEDZIAŁAM "RUCHY", W SENSIE RUSZAJCIE SIĘ! I NIE CHCIAŁAM PRZEKLINAĆ!!!
-Aaaa.... Trzebyło tak od razu!
-UGH!! Jak ci zaraz coś....-Van była naprawdę wściekła
-Tak wiem, będę wąchał swoje skarpetkk. Nie denerwój się tak, ogóreczku!-w tej chwili popełnił poważny błąd. Van nie znosi ogórków, więc porównywanie jek do nich to samobójstwo. Złapałam Rossa za rękę po czym pognałam na górę.
-Co jest?-spytał zdezorientowany
-Właśnie uratowałam ci życie. Van najbardziej na świecie nie nawidzi ogórków.
-Okej... To co w takim razie robimy?-spytał jednocześnie rozglądając się po pokoju.
-Nie wiem... Na pewno jesteśmy uziemieni na na min. pół gogdziny. Jeśli ktoś nie wie jak ją uspokoić to trwa to sporo.
-A ile tobie to zajmuje?
-Gdzieś tak 15-20 minut. Ale tak jak mówię, oni nie mają doświadczenia
-No to... Co robimy?
-W sumie możemy znowu słuchać muzyki.
-Okej.... To będziemy też tańczyć.
-Hah, ja nie umiem tańczyć! Ross, słyszysz!?-krzyknęłam, bo Ross porwał mnke do tańca jednocześnie włączając jakąś szybką muzykę w telefonie.
-To nie szkodzi,
-Hahah, przestań-znów krzyknęłam gdy zaczął mnie obracać
-Ale wiesz. W filmie będziemy musieli zatańczyć wolnego
-Taak? A kiedy ty zdąrzyłeś przeczytać scenariusz, hm?
-A czy ty masz pojęcie. Ile wy sprzątałyście tą biżuterię?
-No to wszystko jasne. Hahaha, Ross, no przestań no!-zaczęłam się jeszcze bardziej śmiać bo Ross zaczął mnke łaskotać-ała, Ross!!
-Jak mnie do tego przekonasz?
-Nie wi... ROOOSS!!
-Słucham?
-Przestań, noo!
-No to mówię, przekonaj mnie!
Stałam się myśleć, lecz ruchy Rossa (bez żadnych głupich skojażeń!~od aut.) skutecznie mi to uniemożliwiały. Strasznie się śmiałam i brzuch już mnie bolał, lecz zrobiłam to. TAK! Pocałowałam go!
A rany, o rany, o rany!
Wszystko latało i tańczyło taniec zwycięstwa.
Pocałowałam Rossa Lyncha w policzek!! (Taa, wredna ja~od aut.)
Natychmiast zaprzestał swoich niecnych czynów, a ja wreszcie mogłam odetchnąć.
-I właśnie o to chodziło!-powiedział złażąc zw mnie. Tak, leżeliśmy na podłodze.
-Nareszcie mogę oddychać!-wrzasnęłam-masz pojęcie ile ważysz, słoniu!?
-Odwołaj to!
-Bo co!?
-Bo to!-i znowu zaczął mnie łaskotać
-Hahaha, ROOSS! PRZESTAŃ!
-Odwołaj to!-powiedział cały uchachany
-Ni... Haha! Przestań!
-Odwołaj!
-Dobra...haha...nie jesteś...hahaha...słoniem...hahahaha-póścił mnie
-No i następnym razem uważaj!
Nagle usłyszeliśmy zbiorowe
-AWW!
Wydane przez resztę mojej i Rossa rodzinki
-Od kiedy tak się gapicie?-spytałam odrobinę zmieszana, ale nie bardzo bo to jednak rodzina, a my nie robiliśmy nic osobistego.
-Odtąd, aż uciekliście od nas-powiedziała uprzejmie Delly-chcieliśmy zobaczyć czemu nasza parka...
-Co!?
-Nie ukrywajcie się już, wszyscy wiedzą, że jesteście razem-powiedział Riker
-Że what!?-krzyknął Ross
-To widać!-potwierdziła Van. No nie, i ty gnomie, przeciwko mnie!?
-Wypad, i nie pijcie więcej picollo!-powiedziałam i chamsko wyrzuciłam ich z pokoju-Nie, Ross,! Ty zostań!
Wciągnęłam Rossa z powrotem do pokoju.
-RAURA!!-usłyszałam krzyk pięciu osób. Kopnęłam jeszcze w drzwi i się przymknęli.
-To co będziemy robić? Nie żeby coś, ale jest 01.00-powiedziałam patrząc na zegarek.
-Może po prostu chodźmy spać. Oni niech sobie robią co chcą. -zaproponował Ross
-Taa, masz rację. Zmęczona troche jestem-odparłam ziewając
-Okej, to gdzie mam spać?
-Co?
-No w sensie, czy mógłbym dostać jakiś koc? Jest ciepło, ale bez przesady
-Co? Aa, ty myślałeś, że śpisz na podłodze? O nie, mój drogi! Śpisz ze mną!
-Ale napra...
-Spokojnke, nie zgwałcę cię.
-No dobra, tylko będzie ci niewygodnie...
-Jesteś świetną poduszką, więc nie będę narzekać-stwierdziłam
-No dobra...
-Jestem aż taka okropna?-spytałam udając smutek
-Co? Nie! Tylko dobre wychwanie...
-Moje dobre wychowanie mówi: "jesteś u mnie w domu, więc i tak gramy na moich zasadach"-powiedziałam
-Okej... Mi tam to nie przeszkadza-skapitulował
Ross poszedł do łazienki na korytarzu się przyszykować, a ja skorzystałam z prywatnej. Tak, mam własną łazienkę! Ale tylko dlatego, że Van w swojej potrafi siedzieć 8godz. i jeszcze jej mało. No ale nic. Po ogarnięciu spraw czystościowych przebrałam się z powrotem w piżamę i wskoczyłam do łóżka. Minutę później do pokoju wszedł Ross i walnął się obok mnie.
-Zmęczony?-pytam
-Jest w pół do drugiej w nocy, dziwisz się?
-Nie, zwłaszcza po twojej dzisiejszej głupawce...
-No dobra, dobra...*ziew* to co, dobranoc?
-Dobranoc-odpowiadam
Przyciąga mnie do siebie, a ja wtulam się w niego z całej siły
££££££££££££££££££££££££££££££££
Hej, miśki!
Więc dzisiaj rozdział trochę inny. Dłuższy i więcej się dzieje.
Przepraszam za niektóre zboczone wypowiedzi!!
Ale doszłam do wniosku, że napisałam już (razem z tym) 16 rozdziałów, a opisałam w nich tylko 3 dni. No, kiepsko.
Dlatego postanowiłam dodawać rozdziały raz w tygodniu (jeśli się uda, to oczywiście więcej). A będą dłuższe i będzie się więcej działo.
Żeby się nie okazało, że dobiłam do 50, a opisałam w tym tylko tydzień.
No, to tyle.
Całuję:*
Ktoś.
NEVERMIND!
Ponieważ rodzina Lynch/Ratliff wzięła z domu trochę jedzenia, a u nas też nie brakowało, więc z tym nie będzie problemu. Każdy zaniósł swoje żeczy do wyznaczonych miejsc spania poczym zebraliśmy się w salonie.
-Myślicie, że można go już wypuścić?-spytała niepewnie Rydel
-Moim zdaniem nie. On jest jakiś nienormalny!-sprzeciwiał się Riker
-Żyjesz z nim tyle czasu, a dopiero teraz to zauważyłeś!?-zdziwił się Ross. Ale on jest przystojny jak się dziwi...
Ale co do Rocky'ego. Niedość, że chłop ciężki jak koń, to jeszcze tak się wyrywał, że byliśmy zmuszeni go związać. A kiedy już go zamkneliśmy to zaczął wrzeszczeć coś w stylu: "moje kanapki się zemszczą na was za takie nigodne czyny!". I weźcie każcie mi go wypóścić!
-Może po prostu sprawdźmy jak się ma?-wpadł na pomysł Ratliff, który jak narazie był najbardziej po stronie Rocky'ego z nas wszystkich.
-Dobra.-stwierdziłam, że to nie taki zły pomysł-Rooocky?
-Odejdź, jeśli jesteś kolejną morderczą kanapką!
-Nie jestem żadną kanapką!!
-W takim razie odejdź parszywy kapciu!
-Nie jes... Moment, co!?
-Nie wiem, ostatnio na jakimś filmie mówiono "parszywy" i chciałem wypróbować nowe słowo.
-Acha....
-Rocky, powiedz nam tylko... CZY JUŻ SIĘ USPOKOIŁEŚ?!!-spytała spokojnie (wyczujta ten sarkazm~od aut.) Rydel
-Hmmm... Ty nie jesteś miła! Odejdź stąd mordercza kanapko!
-UGH!! Jak ci zaraz coś zrobie to będziesz wąchał kwitaki od spod.... Albo nie! Będziesz wąchał swoje skarpetki!
-UUU!! To ja bym wolał umrzeć!-zdecydował Riker. Taa, ja chyba też.
Minęła godzina. W tym czasie Rocky został wypuszczony, Rydel przypomniała sobie o tym, że zespół Rockliff ruszał jej biżuterię i mało co sama nie zostałaby zamkinięta bo, uwaga cytuję Sędziego Rikera
"Skazuję pannę Rydel Lynch na 10min. zamknięcie w szafie za nadmierną agresję wobec brata"
Ale w końcu stwierdziliśmy, że skoro jest już 23.00. Tak, właśnie! Już! No ale jak się ma dobre towarzystwo, to czas szybciej mija. W tej chwili wszyscy przebierają się w piżamy, bo my jako bardzo oryginalne istoty, wymyśliliśmy jakże oryginalną grę. Tak, dobrze myślicie! Butelka!
Ale cóż nie narzekam.
-Okej... Ene, due...-zaczął wyliczać Rocky
-Po prostu kręć!
-I o to chodziło!-uśmiechnął się ten ogórek. Po ostatniej rozmowie z Rydel, stwierdzam, że to określenie pasuje do niego.
-Okej...-w tej chwili razem z Rossem patrzymy na siebie-Ell!
-Co?! Nie! Trafiło na żelki!-żeczywiście, butelka wskazywała na paczkę żelków leżącą obok Rat'a. Rocky jak by co miał swoje dlatego nie ma awantury.
-Ale żelki nie grają-zdecydował Riker
-Żądamy równouprawnienia dla żelków!-krzyknął Rockliff
-Ugh! Niech wam będzie, ale to ostatni raz!
-Juhu! Ta co bierzesz, Ell?
-Żelki!
-A no tak, przepraszam! Wybaczcie mi, o najświętsze żelki!
-Ile jeszcze mamy czekać!?-zniecierpliwił się Ross
-No, to żelki, co bierzecie-zwrócił się Rocky do żelków. Ell nachylił się do nich, słuchał przez chwilę po czym powiedział
-Pytanie
-Okej... To całowałyście się kiedyś?
Elinghton słuchał przez chwilę po czym odpowiedział w imieniu żelek.
-Całowały się z piankami
-Boże, ludzie!! To jest jakaś patologia!-krzyknęła Van, która jak do tąd się nie odzywała-możemy grać dalej!?
-Oo, Van! Nie masz już różowych włosów!
-No łał, geniusze... To była zmywalna farba!
-Serio jesteśmy genialni!? JUPI!!!-zaczęli wrzeszczeć robiąc jednocześnie miny "myślicieli"
-Okej-kolejne spojrzenie Rossa-kręć...moment, jak żelki mogą kręcić!?-zdziwiła się Van. Ell nachylił się do prawie już pustej paczki, chwilkę słuchał po czym powiedział:
-Żelki upoważniły mnie do zakręcenia
-No to ruchy!
-Ruch...aj...?-zszokował się Rocky
-Nie!! Boże, ludzie!! Jaki zboczeniec!! Ja pieprze...
-CO!? Jak to PIEPRZYSZ!?-tym razem zszokował się Ell
-MATKOO!!! POWIEDZIAŁAM "RUCHY", W SENSIE RUSZAJCIE SIĘ! I NIE CHCIAŁAM PRZEKLINAĆ!!!
-Aaaa.... Trzebyło tak od razu!
-UGH!! Jak ci zaraz coś....-Van była naprawdę wściekła
-Tak wiem, będę wąchał swoje skarpetkk. Nie denerwój się tak, ogóreczku!-w tej chwili popełnił poważny błąd. Van nie znosi ogórków, więc porównywanie jek do nich to samobójstwo. Złapałam Rossa za rękę po czym pognałam na górę.
-Co jest?-spytał zdezorientowany
-Właśnie uratowałam ci życie. Van najbardziej na świecie nie nawidzi ogórków.
-Okej... To co w takim razie robimy?-spytał jednocześnie rozglądając się po pokoju.
-Nie wiem... Na pewno jesteśmy uziemieni na na min. pół gogdziny. Jeśli ktoś nie wie jak ją uspokoić to trwa to sporo.
-A ile tobie to zajmuje?
-Gdzieś tak 15-20 minut. Ale tak jak mówię, oni nie mają doświadczenia
-No to... Co robimy?
-W sumie możemy znowu słuchać muzyki.
-Okej.... To będziemy też tańczyć.
-Hah, ja nie umiem tańczyć! Ross, słyszysz!?-krzyknęłam, bo Ross porwał mnke do tańca jednocześnie włączając jakąś szybką muzykę w telefonie.
-To nie szkodzi,
-Hahah, przestań-znów krzyknęłam gdy zaczął mnie obracać
-Ale wiesz. W filmie będziemy musieli zatańczyć wolnego
-Taak? A kiedy ty zdąrzyłeś przeczytać scenariusz, hm?
-A czy ty masz pojęcie. Ile wy sprzątałyście tą biżuterię?
-No to wszystko jasne. Hahaha, Ross, no przestań no!-zaczęłam się jeszcze bardziej śmiać bo Ross zaczął mnke łaskotać-ała, Ross!!
-Jak mnie do tego przekonasz?
-Nie wi... ROOOSS!!
-Słucham?
-Przestań, noo!
-No to mówię, przekonaj mnie!
Stałam się myśleć, lecz ruchy Rossa (bez żadnych głupich skojażeń!~od aut.) skutecznie mi to uniemożliwiały. Strasznie się śmiałam i brzuch już mnie bolał, lecz zrobiłam to. TAK! Pocałowałam go!
A rany, o rany, o rany!
Wszystko latało i tańczyło taniec zwycięstwa.
Pocałowałam Rossa Lyncha w policzek!! (Taa, wredna ja~od aut.)
Natychmiast zaprzestał swoich niecnych czynów, a ja wreszcie mogłam odetchnąć.
-I właśnie o to chodziło!-powiedział złażąc zw mnie. Tak, leżeliśmy na podłodze.
-Nareszcie mogę oddychać!-wrzasnęłam-masz pojęcie ile ważysz, słoniu!?
-Odwołaj to!
-Bo co!?
-Bo to!-i znowu zaczął mnie łaskotać
-Hahaha, ROOSS! PRZESTAŃ!
-Odwołaj to!-powiedział cały uchachany
-Ni... Haha! Przestań!
-Odwołaj!
-Dobra...haha...nie jesteś...hahaha...słoniem...hahahaha-póścił mnie
-No i następnym razem uważaj!
Nagle usłyszeliśmy zbiorowe
-AWW!
Wydane przez resztę mojej i Rossa rodzinki
-Od kiedy tak się gapicie?-spytałam odrobinę zmieszana, ale nie bardzo bo to jednak rodzina, a my nie robiliśmy nic osobistego.
-Odtąd, aż uciekliście od nas-powiedziała uprzejmie Delly-chcieliśmy zobaczyć czemu nasza parka...
-Co!?
-Nie ukrywajcie się już, wszyscy wiedzą, że jesteście razem-powiedział Riker
-Że what!?-krzyknął Ross
-To widać!-potwierdziła Van. No nie, i ty gnomie, przeciwko mnie!?
-Wypad, i nie pijcie więcej picollo!-powiedziałam i chamsko wyrzuciłam ich z pokoju-Nie, Ross,! Ty zostań!
Wciągnęłam Rossa z powrotem do pokoju.
-RAURA!!-usłyszałam krzyk pięciu osób. Kopnęłam jeszcze w drzwi i się przymknęli.
-To co będziemy robić? Nie żeby coś, ale jest 01.00-powiedziałam patrząc na zegarek.
-Może po prostu chodźmy spać. Oni niech sobie robią co chcą. -zaproponował Ross
-Taa, masz rację. Zmęczona troche jestem-odparłam ziewając
-Okej, to gdzie mam spać?
-Co?
-No w sensie, czy mógłbym dostać jakiś koc? Jest ciepło, ale bez przesady
-Co? Aa, ty myślałeś, że śpisz na podłodze? O nie, mój drogi! Śpisz ze mną!
-Ale napra...
-Spokojnke, nie zgwałcę cię.
-No dobra, tylko będzie ci niewygodnie...
-Jesteś świetną poduszką, więc nie będę narzekać-stwierdziłam
-No dobra...
-Jestem aż taka okropna?-spytałam udając smutek
-Co? Nie! Tylko dobre wychwanie...
-Moje dobre wychowanie mówi: "jesteś u mnie w domu, więc i tak gramy na moich zasadach"-powiedziałam
-Okej... Mi tam to nie przeszkadza-skapitulował
Ross poszedł do łazienki na korytarzu się przyszykować, a ja skorzystałam z prywatnej. Tak, mam własną łazienkę! Ale tylko dlatego, że Van w swojej potrafi siedzieć 8godz. i jeszcze jej mało. No ale nic. Po ogarnięciu spraw czystościowych przebrałam się z powrotem w piżamę i wskoczyłam do łóżka. Minutę później do pokoju wszedł Ross i walnął się obok mnie.
-Zmęczony?-pytam
-Jest w pół do drugiej w nocy, dziwisz się?
-Nie, zwłaszcza po twojej dzisiejszej głupawce...
-No dobra, dobra...*ziew* to co, dobranoc?
-Dobranoc-odpowiadam
Przyciąga mnie do siebie, a ja wtulam się w niego z całej siły
££££££££££££££££££££££££££££££££
Hej, miśki!
Więc dzisiaj rozdział trochę inny. Dłuższy i więcej się dzieje.
Przepraszam za niektóre zboczone wypowiedzi!!
Ale doszłam do wniosku, że napisałam już (razem z tym) 16 rozdziałów, a opisałam w nich tylko 3 dni. No, kiepsko.
Dlatego postanowiłam dodawać rozdziały raz w tygodniu (jeśli się uda, to oczywiście więcej). A będą dłuższe i będzie się więcej działo.
Żeby się nie okazało, że dobiłam do 50, a opisałam w tym tylko tydzień.
No, to tyle.
Całuję:*
Ktoś.
Subskrybuj:
Posty (Atom)